zapiski - konfrontacje - pytania otwarte
poniedziałek, 26 lipca 2010
"Parafia" - wyjaśnienie
W poprzednim wpisie pozwoliłem sobie na popuszczenie wodzy fantazji. Chciałem pokazać cel misji - jeden z wielu możliwych.

Jeśli dotychczas takie cele nie zostały urzeczywistnione, a wydaje się, że mogłyby być (a może wręcz powinny?), odpowiedzialność za stan rzeczy spada na nas. Na członków Kościoła. Odpowiedzialności nie pojmuję tutaj jako synonimu winy czy grzechu zaniechania. Ale zadajmy sobie pytanie:

czy w takim Poznaniu, ponad 500 - tysięcznym mieście,  nie znalazłoby się kilkanaście osób, które mogłyby tworzyć tak naszkicowaną lub podobną wspólnotę?

A może wizja takiej szansy przerosła nas samych?
-----------------------------------------------------------
JAK MOGĘ WSTĄPIĆ DO KOŚCIOŁA EWANGELICKIEGO W POZNANIU?
Tagi: kościół
10:41, thamagya
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 lipca 2010
Nowa parafia ewangelicko-reformowana w Poznaniu
W stolicy Wielkopolski stoi skromny Kościół. Co niedzielę kilka - kilkanaście osób uczestniczy w nabożeństwie. Nie każdy z nich jest ewangelikiem, część przychodzi podpatrzeć, jak to się wszystko odbywa. Niektórym podoba się to, co mówi kaznodzieja - np. że nikomu nie wolno odmawiać prawa do słuchania Słowa Bożego. Niektórych skłania do uczestnictwa poczucie wspólnoty, jaka się tworzy między tak różnymi ludźmi. Po roku, dwóch część z nich decyduje się dołączyć na stałe. Część nie.

W dni powszednie odbywają się spotkania dyskusyjne, pokazy filmów, które prowokują do myślenia. Organizowane są wystawy  i koncerty we wnętrzu Kościoła. Zapraszane są osoby - nie zawsze podzielające chrześcijański punkt widzenia. Uczą nas, jak żyć w pluralistycznym świecie i szanować się wzajemnie. Nie żyć w zamknięciu, afirmując własne grono.

Raz w miesiącu organizujemy otwarte nabożeństwo o ekumenicznej formule. Wniesiona zostaje ikona, zapalane są świece, powiewają karty Biblii. Dzielimy się chlebem.

Czasami możesz zobaczyć ulotki, plakaty na mieście, przeczytać o nas w gazecie, obejrzeć reklamę w WWW. Jeśli chcesz, możesz przyjść. Nikt Cię nie zmusza. To wolny kraj, a my szanujemy decyzję Twojego sumienia. Mamy nadzieję, że nie obrazisz się, jeśli się za Ciebie pomodlimy.

W wakacje organizujemy wyjazdy - obozy w ciekawe miejsca, także tam, gdzie jeszcze stoją nasze zabytkowe parafie sprzed wieków. Poznajesz naszą historię, uczysz się bogactwa polskiej kultury.

Powoli zaczynamy wychodzić ku potrzebom Innych, ku słabszym. Udało nam się zadbać o siebie, choć czasem brakuje nam różnych, stale niezbędnych dóbr. Ale możemy podzielić się - już nie tylko chlebem. Organizujemy pierwszą diakonię ewangelicko-reformowaną w Poznaniu. Dla każdego, kto potrzebuje pomocy, niezależnie od wyznania.

Przyjeżdża do nas młodzież Kościoła reformowanego. Część z nich wybierze Poznań jako miejsce swoich studiów, pracy, dorosłego życia. Pozna tu przyszłego partnera - partnerkę życiową. Wtedy - przynajmniej na jakiś czas, a może na stałe - zwiążą swój los z nami. Dzięki parafii będzie miała - miał swój punkt odniesienia na mapie Poznania.

Znajdzie tu radę, a czasem i pomoc. W trudnych chwilach pokrzepienie pojawi się podczas wspólnego czytania Dobrej Księgi - tak, jak to się przez wieki odbywało. Bardzo stara i skuteczna terapia... Bez abonamentu.

Parafia postara się o twórcze wykorzystanie jej - jego umiejętności, chęci działania, jeśli taka się pojawi. Kościół tworzą świeccy i duchowni, to oni wspólnie pracują, aby się stale rozwijał. Niezależnie kim jesteś i jaki jesteś, masz prawo być jego aktywną częścią. Dlatego nie zdziw się, jeżeli pewnej niedzieli Wieczerzę Pańską otrzymasz z rąk kobiety - pastorki.

Przyjdzie i taki czas, że w tym miejscu - poznańskiej parafii -   towarzyszyć będziemy przyjaciołom w ich ostatniej drodze. To naturalna kolej rzeczy. W naszych myślach pozostanie Ich obraz - ludzi pełnych pasji, osiągnięć, a może skrytości i nieśmiałości - żyjących na uboczu. Ale zawsze ludzi - naszych sióstr i braci w Chrystusie.

Przekażemy te wspomnienia kolejnym pokoleniom. Po burzy w końcu wychodzi słońce, a kiedy ktoś odchodzi, ktoś inny przychodzi. Nowe życie. Przywitamy je na nabożeństwie z sakramentem Chrztu. Będzie to dla nas znak nadziei. Jeśli kiedyś ten malec wybierze inną drogę, uszanujemy jego wybór. Nie przestaniemy go kochać. Zawsze będzie mógł wrócić, do swojego skromnego, poznańskiego Kościoła.

[zmodyfikowany: 24.07, g. 17:17]
Tagi: kościół
12:20, thamagya
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 lipca 2010
Misja - w jaki sposób?
Po pierwsze: jak największa niezależność. Dlaczego? By pozwolić sobie na nieskrępowane działania.

Stąd czasami warto zrezygnować ze  współpracy w terenie z bratnimi Kościołami. Zrezygnować w zakresie czysto misyjnym. Chodzi tu np. o użyczanie budynków w celach misyjnych, bo nie duszpasterskich, jeśli ktoś przywiązał się do danej parafii dajmy na to luterańskiej, czy metodystycznej. Rezygnacja ze współpracy wydaje się naturalna zwłaszcza wtedy, gdy to partnerstwo nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł, a sytuacja dookoła wspólnoty reformowanej w diasporze tego właśnie wymaga -  tj. intensyfikacji aktywności. Kompromis jest rzeczą szczytną, zgoda buduje, ale... misja w takim wypadku jest najważniejsza.

Nie ma co się łudzić, wcześniej czy później od zaprzyjaźnionego Kościoła usłyszymy, że obrabiamy czyjeś poletko... I znów nie chodzi o to, żeby jątrzyć. Od wzajemnej dojrzałości i kultury działań misyjnych zależeć będzie wiele.

Niezależność działań misyjnych pociąga za sobą zwiększone koszty. Ale jeśli misja ma polegać tylko na utrzymywaniu status quo, czyli  na opiece nad dotychczasowymi współwyznawcami, bez podejmowania działań na rzecz docierania ze Słowem do osób trzecich, to nawet przy skromnych nakładach własnych całe przedsięwzięcie okazuje się stratne. Poniesione koszty nie przynoszą efektu w postaci rozrastającego się zboru. Posługując się językiem ekonomicznym - nie otrzymujemy "wartości dodanej". Przykład Poznania z lat 2004-2008 dobrze ilustruje opisywane zjawiska.

Dlatego warto czasami zaryzykować i zacząć od zera i/lub korzystać z niewielkiej ilości zasobów własnych. Ludzka ofiarność potrafi przerosnąć najśmielsze oczekiwania robotników winnicy Pańskiej.
piątek, 09 lipca 2010
Zadania dla Kościoła - misja

Jeśli Kościół to nie firma i jego celem nie jest maksymalizacja zysków i minimalizacja strat w wymiarze finansowym, to warto by sobie zadać pytanie właśnie o cele i środki działania Kościoła.

Pierwszym i chyba wciąż najbardziej spornym celem o którym chcę pisać, jest misja. Mam tu na myśli misję zewnętrzną, adresowaną do osób potencjalnie zainteresowanych naszym wyznaniem. Temat wałkowany od lat na Synodach, wciąż jeszcze wzbudza konsternację u osób, które misję utożsamiają z tanim prozelityzmem i głoszeniem na ulicach oklepanych formułek typu "Jesus saves". Osoby, które ponoć z przemyślanych powodów boją się słowa "misja" twierdzą wręcz niekiedy, że nasz Kościół jest w swej istocie nie-misyjny. Misja ma ponoć urągać jego godności, szkodzić ekumenizmowi.

Wśród przeciwników misji znajdą się i ci, którzy najzwyczajniej w świecie boją się działać, choć samą misję traktują jako naturalne narzędzie funkcjonowania Kościoła, by nie powiedzieć: innych, bratnich Kościołów. W szczególności nie przewiduje się działań  misyjnych tam, gdzie istnieją silne ośrodki innych wyznań, by nie być posądzonym o "zabieranie chleba". Akceptuje się jedynie działania misyjne pod przykrywką - np. poprzez zapewnienie opieki śladowym w ilości współwyznawcom, ale to też w ostateczności.

O tej ostatniej, strachliwej postawie nie warto się specjalnie rozpisywać. Wystarczy wspomnieć dla kontrastu heroiczne dzieje tych, którzy od czasów wielkiej reformy Kościoła powszechnego w XVI wieku życiem płacili za swoje przekonania, a nie jak dziś - uszczerbkiem na wizerunku w ekumenicznych gremiach.

Bywamy rozmiłowani we własnej tradycji i dumni z przeszłych osiągnięć naszych współwyznawców. Czy dawnym męczennikom jesteśmy winni coś więcej, niż tylko wdzięczną pamięć?

Misja to nie duchowy gwałt na człowieku, który się znalazł w szponach kilku nawiedzonych, napadających go w chwili zwątpienia i słabości. Lekcja została odrobiona. Ludzkość wybiła się na autonomię sumienia, choć jeszcze wielu nie umie z niej korzystać, nad czym możemy jedynie ubolewać. Kościół reformowany jak żaden inny szanuje i wspiera tę autonomię sumienia. Wszak to właśnie w tym Kościele od początku tak silnie akcentowano osobistą relację człowieka do Boga, zapośredniczoną jedynie przez Jezusa, a nie jakiegoś Jego ziemskiego przedstawiciela, w osobie tzw. kapłana.

Misja pozwala Kościołowi na zaznaczenie swojej obecności w przestrzeni publicznej w sposób właściwy dla jego  naczelnego przedsięwzięcia - zwiastowania. Kościół głosi Ewangelię jawnie. Kościół powołany do głoszenia Świadectwa (a niekoniecznie do zakładania działalności gospodarczej), oznajmia je wszystkim tym, którzy chcą  słuchać, nikogo nie przymuszając. Ale ludzie muszą wiedzieć (a więc także widzieć, słyszeć, czytać, oglądać), że taki Kościół istnieje i funkcjonuje. Temu służy misja - forma komunikacji z drugim człowiekiem.

Misja to dzielenie się sobą, a nie trzymanie wszystkiego pod kluczem, dla samego siebie, jakby cała reszta na to nie zasługiwała. Misja nie przeczy ekumenizmowi, dla którego pierwszym warunkiem jest szacunek i miłość do samego siebie tak, by móc szanować i kochać drugiego.

Nasze budynki Kościelne są otwarte, ale to wcale nie oznacza, że ludzie powszechnie sądzą, że one są dla wszystkich otwarte. Dobrze poprowadzona misja rozwiązuje i ten problem.

Uczciwa misja to misja jawna. Na ilu z naszych stronach internetowych można cokolwiek na ten temat przeczytać? Na ilu znajdziemy informacje o spotkaniach dla osób z zewnątrz, zainteresowanych naszym Kościołem? Prędzej natkniemy się na informację, jacy to jesteśmy ekumeniczni. W imię ekumenicznej poprawności, której już chyba tylko my hołdujemy...

środa, 07 lipca 2010
Kościół to nie firma
Kościół to nie firma,  jednak żyć z czegoś musi. Odbyłem w ostatnim czasie kilka ciekawych rozmów z ludźmi, którym los Kościoła reformowanego nie jest obojętny. Są to ludzie, którzy biorą udział w różnych pracach na rzecz tego Kościoła. Większość z moich rozmówców zwracała uwagę, że dbanie o zabezpieczenie finansowe nie może być "oczkiem w głowie" naszego administrowania. Czasem bowiem można odnieść wrażenie, że ogół wysiłków podporządkowany jest tylko tym sprawom. To wrażenie potęguje fakt, że w przypadku społecznej pracy w Kościele wielu jego pracowników i ograniczonych zasobów kadrowych pracowników etatowych, w nawale spraw  przestajemy wypełniać pierwotnie przypisane obowiązki.

Nasze myślenie o przyszłości Kościoła zmierza do zapewnienia mu materialnej trwałości. Jednak to myślenie prowadzi nas w ślepą uliczkę. Wszelka działalność Kościoła musi od teraz spełniać warunek opłacalności, ba, dobrze by było, by generowała jakieś przychody. Pojawiają się pomysły dotyczące tworzenia placówek usługowych dla ludności, które będą w stanie na siebie zarabiać, a nawet "utrzymać Kościół".

Pewną metaforą naszych czasów jest to, że niegdyś polscy reformatorzy wspierając szkolnictwo tym samym inwestowali w ludzi młodych, w rozwój duchowy ludzkości. Dziś myślimy o tworzeniu specjalistycznych ośrodków opiekuńczych dla ludzi starych - a więc w przyszłości dla nas samych - nie licząc na pomoc naszych najbliższych. Bywamy zbyt zajęci by znaleźć czas na odwiedziny rodziców i zrobienie im zakupów.

W dyskusji na temat ośrodków  opiekuńczych wydało mi się z początku, że opieka wpisuje się w posługę diakonijną. Jeden z moich rozmówców zadał mi wtedy nurtujące pytanie: czy Kościół jest od zarabiania pieniędzy i prowadzenia działalności gospodarczej?
poniedziałek, 28 czerwca 2010
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Nabożeństwo w TVP2

Zapraszamy do obejrzenia nabożeństwa rozpoczynającego tegoroczny Synod Kościoła Ewangelicko-Reformowanego, jaki odbył się w parafii żychlińskiej w dniach 17-18 kwietnia br.

"Nabożeństwo w Żychlinie", środa, 21 kwietnia 2010, godz. 12:15, TVP 2.

WIĘCEJ

12:55, thamagya
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 kwietnia 2010
Pochwała człowieka publicznego
21:03, thamagya
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 kwietnia 2010
Przemiana (II)

Przekraczać samych siebie w służbie Innym - pozostając sobą.

Akceptacja siebie samego takiego, jakim się jest. Takiego, jakim siebie się widzi, odczytuje. Gotowość, odwaga, do wyrażenia siebie, stworzonego przez Boga na Jego obraz i podobieństwo. Człowieka ograniczonego i pełnego ukrytych możliwości, darów Ducha. Zdolnego do przełamywania marazmu, okazywania asertywności,  zawierania kompromisu jak i wyznaczania granic tego kompromisu, by pozostać sobą i nie krzywdzić innych. By nie zwodzić innych w celu osiągania korzyści, w imię jakiegoś "wyższego dobra", chyba że obie strony dopuszczają taką możliwość - możliwość wąsko pojętego pragmatyzmu i makiawelizmu. Pytanie retoryczne, czy będzie to jeszcze postawa chrześcijańska? Choć bardzo ludzka, wszak mało-wierna, ufająca raczej sobie i innym ludziom, niż Bogu.

Mówiąc metaforycznie, przemiana nie ma oznaczać "transsubstancjacji", materialnego przeistoczenia. Jezus nie przeobraża się na krzyżu w białego gołąbka, by ukoić ból stojących pod krzyżem.  Setnik z przypowieści o chorym słudze, którego miłował, nie obiecuje przejścia na "prawdziwą religię" i żydowską obyczajowość. Przemiana to raczej odważna współobecność suwerennych w swojej prawdzie - danej im przez Boga - ludzi.

sobota, 03 kwietnia 2010
Przemiana

Piłat. Jak gdyby miał świadomość, że jest tylko pionkiem w wielkiej grze. W tym jednym momencie, gdy podtrzymuje swoją decyzję dotyczącą napisu Skazańca - Żydowskiego króla. Słowa, które padają z jego ust brzmią "Com napisał, tom napisał" (zob. Jan, 19) .

Bywa, że czujemy się zmuszeni kontynuować coś, co jest ponad naszą głową, nawet jeżeli to się nam wcale nie podoba. Gdy robimy coś przeciw sobie czy przeciwko innym, na dobru których nam zależy. Czujemy, że nie potrafimy się zmienić, że nie jesteśmy w stanie przekroczyć własnych ograniczeń, narzuconych przez środowisko i społeczeństwo.

Piłat mógł czuć coś więcej niż tylko fizyczne zmęczenie całą sytuacją. Więcej, aniżeli brak konsekwencji  u autochtonów, żądających uwolnienia Barabasza - rzezimieszka i mordercy. To, z czym Piłat miał teraz do czynienia, stanowiło jakąś nieokreśloną, przemożną siłę, której nie potrafił racjonalnie ogarnąć. Był poza łaską rozumienia, w samym centrum wydarzeń, niezdolny do zajęcia zdystansowanej postawy, chociaż silił się na nią przez cały czas procesu. Sądził, że jego osoby ten konflikt nie dotyczy. Że to jest jakaś wewnętrzna sprawa żydowska, którą należy zostawić głównym zainteresowanym. Kiedy umywał ręce, osiągał spokój sumienia. Czuł, że opuszcza ów nielogiczny teren barbarzyńskiej rozgrywki. Z tej perspektywy jego wina wydaje się być ponad nim. On nie ma dostępu do akt własnej sprawy.

Życzę Wszystkim, by - żyjąc w czasie Łaski - umieli zdobywać się na dystans i przekraczać samych siebie w służbie Innym.

 
1 , 2 , 3